Najwyższy komin w Europie – Elektrownia w Trboljve
Najwyższy komin w Europie… wypad, który był planowany przeze mnie od kilku miesięcy, gdy zobaczyłem kilka filmów prezentujących widoki ze szczytu wiedziałem ze muszę tam wejść i ja. Początkowo zakładałem podróż z noclegiem ale pomyślałem sobie „hej, przecież 800 km to nie tak daleko, wyśpię się i dam radę obrócić w dwie strony z wejściem”, tyle w teorii… Wiele studiowałem samo dojście, co jak i gdzie, zdjęcia, filmy, Google Maps, na wiele pytań odpowiedział mi świetny climber z Rumunii – Flaviu Cernescu.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu, miałem wtedy w planie wstać nad ranem i położyć się na 5-6 godzin drzemki jeszcze w południe, tak by wieczorem wyspany i gotowy wyruszyć w podróż, ale nakręcenie wyjazdem było już tak wielkie iż o jakimkolwiek śnie mogłem zapomnieć. Trasa przebiegała bez większych przygód, wyjechaliśmy około godziny 19.00 i szybko minęliśmy Czechy, Austrię finalnie lądując w Słowenii zjeżdżając po serpentynach Trboljve o 3.00 nad ranem przy przy wyśmienitej aurze, ciepłej, gwieździstej nocy. Przejeżdżając w mrokach przez miasteczko, szukając miejsca by móc w spokoju zaparkować i przebrać się do wspinaczki, oczom ukazał się potężny 360 metrowy komin, który przy jego nocnym oświetleniu – żółtych błyszczących kółeczek budził niesamowity respekt. O godzinie 3.30 zmierzaliśmy już w stronę kolosa, przemieszczaliśmy się po aktywnych torach kolejowych nasłuchując nadjeżdżającego pociągu uzbrojeni jedynie w latarki, które jak się okazało są całkiem przydatnym orężem gdyż na drugim kilometrze pieszej wędrówki trafiliśmy na stado dzików beztrosko ryjących sobie słoweńskie polany, na szczęście nie przepadały za świeceniem im po oczach podczas ich nocnych spacerów przez co uciekły sobie z hukiem w las, w przeciwnym wypadku czekała by nas zabawa w berka na torach z dzikami, bo wątpię by ktokolwiek z nas ewakuował sie w przepaść za nami gdzie płynęła sobie swoim cichym rytmem Sawa. Ciesząc się że to koniec atrakcji trafiliśmy na tunel kolejowy długości około 100 metrów, będąc już w jego połowie dzwoniące tory zaczęły nas jasno komunikować iż za chwilę w tunelu zrobi sie nieco ciaśniej, na nasze szczęście w ścianie była szczelina, coś jakby wykuta dziura w której akurat mogły sie zmieścić dwie osoby co też właściwie od razu uczyniliśmy by nie przyozdobić samymi sobą ścian tunelu.
Po około 4 kilometrach wędrówki znaleźliśmy się pod naszym obiektem, zaczynało już wtedy powoli świtać także latarki nie były potrzebne. Spłoszył nas trochę widok latającego drona przy kominie na wysokości około 50-70 metrów, byliśmy święcie przekonani że to sprzęt ochrony lecz po paru minutach odleciał sobie niczym poranne ptactwo. Widocznie to juz znak czasów ze ktoś nad ranem zamiast na spacer z psem wychodzi z dronem, jakkolwiek zrobiliśmy oględziny miejsca i stwierdziliśmy że wchodzimy na górę planem B w oku kamery. Niestety w tym momencie moje wyliczenia co do łatwości pokonania trasy + wspinaczki zawiodły. Po ponad dobie bez snu organizm zasygnalizował że nie da rady się wspinać i chce odpoczywać a najlepiej położyć się pod krzakiem i zasnąć, kiepska sprawa gdy po paru miesiącach planowania trzeba kompanowi oznajmić „stary, sory ale nie wejdę, spadnę po drodze, nie mam siły”, nie ukrywam iż nie był z tego powodu zadowolony, po kilku minutach negocjacji stwierdziłem finalnie iż zostaję na dole, co na szczęście długo nie trwało, bo widząc kolegę wspinającego się na prawie 40 metr po rozpadającym sie kołnierzu drabiny zaserwował mi taki zastrzyk adrenaliny że w zasadzie byłem i w stanie bez snu wrócić jeszcze samochodem do kraju.
Tak więc żywy i rześki i z walącym sercem jak młot pneumatyczny po chwili byłem na pierwszej galerii. Słońce było wtedy jeszcze za górami panował delikatny półmrok, pomimo iz daleko mi było do super stanu używalności bardzo szybko pokonywaliśmy kolejne galerie, komin mimo swojego wieku ma wciąż bardzo dobry stan drabin jak i samych galerii. Nad góry zaczęło się wzbijać słońce oświetlając na złoto mgłę zalegającą w dolinach. Pięknymi widokami nie cieszyliśmy się jednak zbyt długo, gdy wchodząc na jedną z galerii zauważyłem przejeżdżający czarny samochód ochrony… zbiegło się to w momencie gdy wchodziłem do środka komina więc udało mi się od razu zniknąć z pola widzenia potencjalnych stróżów. Towarzysza jakkolwiek nie rozentuzjazmowała informacja o ochronie robiącej obchód. Gdy emocje zaczęły lekko opadać stwierdziliśmy że jesteśmy już za daleko, także ‚wóz albo przewóz’ jak mawiają. Po kilku łykach wody byliśmy na szczycie, początkowo marzyło mi się by przejść się po obręczy szczytu komina, ale pomimo nalegań kompana na wierzchołek już nie miałem ochoty wchodzić, nie miałem już po tylu godzinach zaufania na co sobie mogę pozwolić, oprócz braku zaufania byłem też dosyć marudny, szczególnie ponaglając o wystartowanie drona i pośpieszenie się z robieniem zdjęć.
Same ujęcia z latającego sprzętu były powalające, oddawały całkowicie ogrom tej 50 letniej konstrukcji. Wbrew moim wcześniejszym obawom byliśmy tam niewielkimi kropkami na szczycie budowli. Podczas pobytu na górze, gdy mogłem chwilę odetchnąć towarzyszyło surrealistyczne uczucie jakby ten cały wypad był trochę jakby snem, trudno było mi nawet powiedzieć jaki mieliśmy dzień tygodnia. Śniąc czy nie powoli trzeba było schodzić na dół licząc że pozostaniemy niewidzialni dla ochrony, jednakże nie wzięliśmy pod uwagę że napotkamy inne towarzystwo. Będąc już w połowie drogi w dół pod kominem pojawił się osobowy wóz straży pożarnej, co prawda nie widzieli nas schodzących po zewnętrznej stronie drabinek ale zrozumieliśmy że są tam na jakieś rutynowej robótce i musimy zmienić taktykę schodząc wewnętrznymi drabinami, praktycznie po ciemku, bacząc na każdy szczebel by nie popełnić głupiego błędu. Gdy byliśmy na szczycie porozumiewaliśmy się jeszcze przez krótkofalówki z bratem który spacerował sobie po górach, w tym momencie niestety nasz zasięg był już kiepski co skutkowało zerowym kontaktem dlatego podwójnie zależało nam by tu wszystko poszło gładko. Po pewnym czasie oczekiwania straż opuściła nasz plac a na nas czekała zewnętrzna drabinka o wysokości 120 metrów, ostatnia prosta by opuścić miejsce i uciec przed siebie. Strach potęgował hałas pracowników budowlanych którzy byli w pobliżu lecz byli poza naszym zasięgiem wzroku. Rozpoczęliśmy morderczy sprint po drabinach w dół, starając się rozproszyć myśli o zmęczeniu, słoweńskiej ochronie, czy przeszkadzającym plecaku zawieszonym z przodu by ułatwić poruszanie się po drabinach. Po chwili od ziemi i pełnego sukcesu dzieliły mnie metry, kolega już czekał na mnie na dole, rzuciłem mu przeszkadzający wspomniany plecak aby ułatwić sobie zejście, i tu gdy miałem wykonać ostatnie sprytne ciche kocie triki by zejść, niestety źle oszacowałem wysokość i spadłem z hukiem budząc chyba całe Trboljve. Całe szczęście nikt nie zdążył się zjawić na miejscu tego cudownego zdarzenia a moje kończyny okazały się być na tyle sprawne by móc uciekać. Dalsze 10 minut to już łapanie tchu i spoglądanie na komin z oddali ciesząc się że mogę go pożegnać z dołu przy spokojnie płynącej Sawie marudząc towarzyszowi by kończył ostatnie dronowe zdjęcia.
Autorem tekstu jest Mateusz z Rooferss.pl
tam też znajdziecie artykuł na ten temat!