Pierwszy raz na szczycie Krakowa czyli Krakowski Szkieletor
Krakowski Szkieletor to jedno z tych miejsc, obok którego nie przechodzi się obojętnie. Od dziecięcych lat jak tylko przejeżdżałem przez Rondo Mogilskie miałem tylko jedno marzenie. Wejść na jego szczyt! Jednak po paru latach to marzenie zaczęło wydawać się nierealne. Aż do pewnej nocy…
Wtedy też, przeglądając instagram, natknąłem się na kilkanaście wpisów o budynku NOT, czyli Naczelnej Organizacji Technicznej (tak oficjalnie miała się nazywać owa betonowa piramida). Te zdjęcia i artykuł ponownie rozbudziły moje marzenia. Postanowiłem szukać dalej. Natknąłem się na stronę z opuszczonymi miejscami i zauważyłem, że osoby wpisują maile oraz opisują tam różne akcje ze szczytu szkieletora. Zaryzykowałem. Też wpisałem swojego Maila. Po kilku dniach odezwał się do mnie jeden z ziomków z forum. Dawid, bo tak miał na imię, podał mi swój numer telefonu i umówiliśmy się nazajutrz.
Dzień przed wejściem, około 23, spotkaliśmy się i wszystko ustaliliśmy. Wyjaśnił mi jak będzie wyglądało wejście. Zorganizowałem nawet linę wspinaczkową, aby było bezpieczniej. Umówiliśmy się następnego dnia o 6 rano na Mogilskim. Chcieliśmy wejść na górę zanim zacznie się ruch na mieście. Wstałem o 6. Jak zwykle zaspałem. Zdziwiłem się jednak, że Dawid w ogóle nie dzwonił. Więc ja wykręciłem do niego i spytałem się, czemu nie dzwonił:
– Stary, jednak nie idziemy. To za duże wyzwanie tylko dla nas dwóch. Na co dzień nie idziesz szybem wentylacyjnym o wymiarach pół metra na 3 metry a pod sobą 12 metrów w dół i wystające pręty dolnej konstrukcji .
Zacząłem go przekonywać, że damy radę, a na wszelki wypadek wezmę liny i uprząż. Udało mi się. Zdecydowaliśmy się wejść jeszcze dzisiaj. Wszystko fajnie, tylko w naszym nierozgarnięciu zapomnieliśmy o godzinach szczytu tym, że szkieletor jednak stoi w najbardziej zakorkowanym miejscu w Krakowie. Staliśmy tam jakieś 20 minut, kiedy nagle podeszły do nas 2 osoby. W pewnym momencie pomyśleliśmy, że to „tajniacy”. Ale jednak okazało się, że to całkiem spoko chłopaki.
Paweł i Piotrek którzy podróżują autostopem po świecie. Zapytaliśmy się, czy chcą wejść z nami. Co ciekawe zgodzili się! Zaczęliśmy planować wszystko jeszcze raz, oglądać teren na nowo. Chwilę później zauważyłem z 4 kamey na obiekcie których nigdy wcześniej nie było. Postanowiliśmy zacząć akcję w nocy. Do tego czasu wybraliśmy się do Dawida z którym miałem wcześniej wchodzić. W domu zjedliśmy kurczaka z rożna i zaczęliśmy bawić się linami i prezentować jak to będzie wyglądać już na obiekcie.
Zbliżała się godzina 23. Noc z 6 na 7 lutego. Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Zebraliśmy wszystko, co było potrzebne i ruszyliśmy w stronę przystanku. Po chwili byliśmy na miejscu. Postanowiliśmy wejść tylną stroną, tam obok „ułeku”. Przeskoczyliśmy przez płot i bardzo ostrożne zeszliśmy po krawędzi na dół tak, aby kamera nas nie złapała. Szliśmy tak wzdłuż muru aż do momentu, w którym doszliśmy do… łódki Skąd ona się wzięła w takim miejscu? Szkieletor nie stoi w porcie, a do Wisły daleko. Stamtąd była już prosta droga po schodach. Potem musieliśmy jeszcze iść wzdłuż ustalonej trasy przez szyb, w którym spędziliśmy chyba najwięcej czasu. Musieliśmy wspiąć się tamtędy, bo 2 piętro budynku było chronione czujkami ruchu. Jak cholerna mennica państwowa.
Mimo wszystko przeciskanie się pomiędzy piętrami było dość zabawne. Na 5 piętrzę mogliśmy w spokoju udać się kolejne 20 pięter w górę schodami. Po niezliczonej ilości schodów które przeszliśmy naszym oczom ukazał się ten widok, na który czekaliśmy tyle czasu. Byliśmy „na szczycie Krakowa”
Ten dzień zmienił mnie jak i nas w kogoś zupełnie innego, to właśnie tego dnia zaczęliśmy się zajmować rooftopping’iem i to właśnie tego dnia przeszliśmy poza granice ludzkiego strachu i to właśnie w ten dzień poznałem wspaniałych ludzi których już nie zapomnę.
Po zrobieniu kilkudziesięciu zdjęć i 2 godzinach obcowania z budowlą zaczęliśmy schodzić. Oczywiście w ten sam sposób co weszliśmy: schodami, szczelinami i tym nieszczęsnym szybem który okazał się później całkiem spoko, gdy już byliśmy pod schodami. A no tak, jeszcze ten „szyb wentylacyjny”, który znajdował się obok wycięcia, przez które mógł coś zauważyć i nawet niekiedy usłyszeć miły pan ochroniarz. Napełnieni adrenaliną zaczęliśmy zbiegać po schodach na sam dół, oczywiście przeskakując „łódkę” i biegnąc do bramy. Po chwili, jak doszliśmy do siebie i kiedy uświadomiliśmy co zrobiliśmy, byliśmy dumni, że nam się udało. Od tego momentu wchodziłem na niego kilka razy w miesiącu. Za każdym razem było to zupełnie inne wyzwanie.